wtorek, 25 kwietnia 2017

XVIII

Przebudzenie nie było tak przyjemne, jak zasypianie.
Kanonada bólu rozbierała ciało na części pierwsze. Niewielkie elementy nieudolnie próbujące wrócić na swoje miejsca, jednak ich odnalezienie je przerastało. Kilka z nich pełniło rolę kotwiczek, ciągało pozostałe, szarpiąc niteczkami bólu.
Elementy testowały się wzajemnie, zbliżały, oddalały, obracały jedne względem drugich, jakby dziecko bawiło się puzzlami z człowieka.
Rozwarcie powiek zdawało się, rozrywać delikatną tkankę, a ogniste sztylety przebiły się w głąb mózgu.
Nastała ciemność, lecz ból nie odszedł.
Wpełzał pod skórę, drążył w mięśniach, rozprzestrzeniał zawzięcie, by zdobyć terytorium.
Chwilowe przerwy przynosiły ulgę, były też zapowiedzią cierpienia.
Dla niego to czas, by zebrać siły przed następnym, silniejszym atakiem. Zastępował znane elementy. Rozpraszał powolną i nieprzyjemną regenerację.
Dostawał się głębiej i głębiej.
Dławił.
Dusił.
Rozszarpywał pozostałości.
Spychał mnie dalej od rzeczywistości.
Otępiał.
Pozwalał, w końcu, zapomnieć się w mroku.
Ulgę przyniósł dotyk. Pozwolił skoncentrować się na czymś z zewnątrz, odnaleźć zaczepienie w rozpadających się co chwilą momentach. Wraz z nim umiejscawiałem siebie, mogłem poprowadzić rozum ku cielesności. Dowiadywałem się, że czyjaś dłoń coraz mocniej zaciskała się na moim karku. W końcu udało mi się skupić wzrok w jednym punkcie, tylko po to, by spotkać mordercze spojrzenie wielkoluda.
-Trzeba było wam odjechać wcześniej.
Zamrugałem kilkukrotnie, coś ciągle spływało mi na twarz, lecz nie mogłem się tego pozbyć. Towarzyszyło temu uczucie jakbym stał pod wodospadem, niekończąca się struga próbowała wedrzeć się przez najsłabszą z bram.
-Dlaczego tacy jak wy nigdy nie słuchają?- między drapieżnymi nutami pojawił się ledwo uchwytny smutek.
Silna ręka podciągnęła mnie wyżej. Otoczenie przypominało, zatrzymany w czasie, obraz powodzi. Gnijące rośliny odkrywały swoje martwe wnętrza, ziemia pozostawała miękką, niemalże płynną jak błoto, w którym leżałem.
Gdzie się podział miękki mech? Rozłożyste drzewa? Iskrzące niebo? Jeszcze niedawno było tu tak pięknie.
-Dajecie się pożerać, jak bezmyślne muchy w sieci pająka.
Ciągnął mnie dalej. Moją skórę powinny ranić gałązki, kamienie, zdenerwowane naszą obecnością owady, a jednak płynąłem przez budyń. Wszystko tu było miękkie, rozlazłe.
-To nie jest wasze miejsce- mówienie chyba przynosiło mu ulgę.- Obcy są posyłani na żer i tyle.
Większość jego sylwetki oblepiało błoto. Wszedł do zbiornika za mną, zniszczył odzienie, możliwe, że ryzykował życie, a co z tego będzie miał?
-Dasz radę iść sam?
Spróbowałem wstać, członki odmawiały posłuszeństwa. Były jak otaczającą je breja, miękkie, pozbawione woli życia i działania. Widziałem kończyny oblepione brunatną mazią, leżące bezładnie, częściowo przykryte grudkami ziemi wydobytymi podczas przeciągania. Czułem też resztę swego ciała. Zdawałem sobie sprawę z tego, że okrywająca mnie warstwa jest jedyną barierą przed światem.
-Rozumiesz co do ciebie mówię?
Przeniosłem spojrzenie na umięśnioną sylwetkę. Kontury rozpływały się, barwy ciemniały, śluzowata substancja znów przesłaniała widok.
-Niemożliwością jest, abyś tak szybko się poddał.
Przeciągnął mnie jeszcze dalej, usłyszałem śpiew strumienia, to pewnie on był przyczyną okolicznego podtopienia.
Spływało na mnie odrętwienie. Obojętne stało się gdzie wędruje cielesna powłoka, którędy uciekają myśli, poddawałem się nadchodzącemu spokojowi.
Śpiew zamienił się w bojowy okrzyk. Zachłysnąłem się nim, bezskutecznie walczyłem, by nie wypełniał mych płuc swą lodowatą obecnością.
Próbowałem się ruszyć, krzyczeć, lecz nieposłuszne mięśnie to uniemożliwiały.
Otoczenie zwolniło, rozproszyło się, odsłoniło przede mną swe wnętrze. Rozbite na atomy, nie wydawało się tak groźne. Krople zatrzymane w czasie, komar uwięziony w jednej z nich. Miliardy rozbłysków niczym fasetki bezcennego klejnotu. Taniec światła i cieni.
Ten niezwykły spektakl nie miał tajemnic, staliśmy się jednym. Rozproszeni, niewielcy, a jednak idealnie na swoich miejscach, tak jak być powinno.
Zaraz potem przestaliśmy być jednością, czas powrócił na dawne tory, drobiny połączyły się we wzburzoną falę i znalazłem się pod przejrzystymi wodami strumienia.
Bez tchu.
Niemalże bez przytomności.
Lecz wolny.
Pod dłońmi wyczułem kanciastość kamieni. Uniosłem się, lekka głowa przebiła powierzchnię wody, a nozdrza wypełniły się życiodajnym powietrzem.
Nagie ciało obmywała rześka woda, skórzana sakwa z mego wozu leżała na brzegu, tuż koło wysokiego buta oblepionego resztkami błota. Podniosłem się, raniąc dłonie, niewielkie skaleczenia piekły w kontakcie z cieczą/ Przemarznięta skóra reagowała bólem na najlżejszy podmuch wiatru, a droga do ubrań wydawała się pełna niebezpieczeństw dla zmęczonego alkoholem umysłu.
Lecz walka w drodze została wynagrodzona.
Wygrzebałem z torby suche ubrania, narzucałem na siebie jedną warstwę za drugą, obserwując okolicę.
Od, zauważonego wcześniej, buta prowadził trop pozostawionych, schnących ubrań. Wątpiłem, by ich właściciel poszedł bez nich do wioski. Mimo to, jak kamień w wodę. Pustka w zasięgu wzroku.
-Jednak żyjesz.
Mężczyzna stał, jak go matka z ojcem stworzyli, po kostki zanurzony w nurcie. Czarne włosy opadały do pasa, ściekała z nich woda, tworząc na ciele, błyszczące w słońcu, wzory. Mięśnie grały pod skórą, gdy się ubierał.
Gniew zdawał się opuszczać go falami. Nie wykazywał agresji, nawet zwykłego zniecierpliwienia, a powietrze przesycone było złością.
-Czemu ruszyłeś mi na ratunek?- spytałem, choć rozum podpowiadał, by milczeć.
Spojrzał na mnie, próbując doprowadzić, wciąż brudną garderobę, do porządku.
-Nie powinno was tu być.
-Zrozumiałem, al...
-Rosie dba o interesy swoje i mieszkańców, wykorzystuje innych w określonym celu.
-Rosa-Lin, jest dla ciebie ważna?
Nie byłem pewien, czy zwiększyłem jego niechęć do mnie, czy zaskoczyło go to pytanie.
-Zapomnij o niej najszybciej, jak to możliwe. Nie trafiłeś do tego przeklętego błota przypadkiem- podniósł się, by uważnie przyjrzeć mi się z góry.- Odjedziecie.
Bezwiednie przytaknąłem, przecież i tak nie ma sensu się kłócić. Zerknąłem na drzewa, oddzielające nas od horyzontu, wioski, Medine.
-Chodź, trzeba się zająć twoją żoną- dodał ruszając.